Kalendarz odbioru odpadów

Sołecka Strategia
Rozwoju Wsi


Oficjalna strona Pobiednej


strona główna Wyszperane w sieci Amerykański rajd po złoto?

Amerykański rajd po złoto?



Tereny u podnóża Smreka, zamknięte w trójkącie pomiędzy Świeradowem, Pobiedną a stokami Smreka, od kilkudziesięciu lat budzą nieustanne zainteresowanie nie tylko poszukiwaczy skarbów, ale także ludzi ze służb specjalnych. Zainteresowanie ludzi tych służb okolicami Czerniawy i Pobiednej sięga jeszcze lat pięćdziesiątych, l choć, jak twierdzą mieszkańcy tej okolicy, w ostatnich latach takich wizyt jest znacznie mniej niż przed laty, to ich zdaniem służby specjalne są tam nadal obecne.


Ludzie twierdzą, że bezbłędnie rozpoznają te, dość szczególne wycieczki, odbywane zwykle eleganckimi samochodami na obcych, najczęściej warszawskich numerach rejestracyjnych. Tacy wycieczkowicze są spotykani najczęściej na stokach pomiędzy Tarczową a Świeradówką, a także u wylotu dolinek Czarnego i Granicznego Potoku.


W tych samych rejonach gór od lat kręcą się eksploratorzy, poszukiwacze skarbów, ludzie z coraz nowocześniejszymi przyrządami do poszukiwania podziemnych skrytek. Kiedyś nosili ze sobą proste, talerzowe wykrywacze do poszukiwania metali. Dziś są uzbrojeni w kilka rodzajów wykrywaczy, sporo sprzętu elektronicznego, zdolnego do wykrycia nie tylko żelaza, ale także metali szlachetnych. Miejsc do przeszukania mają wiele, bo te góry, eksploatowane przez ludzi od kilkuset lat, są - jak dobry ser szwajcarski -pełne dziur, sztolni i starych wyrobisk. Nie brak w tej okolicy także nowszych podziemi, powstałych już po wojnie, a zbudowanych przez Rosjan w ramach poszukiwania złóż uranu. Jedna z takich sztolni, dziś już zawalonych, jest ukryta pod wzniesieniem, na którym niegdyś stała tzw. Wieża Bismarcka, i ma długość niemal 1500 metrów. Pomimo wysadzenia jej wylotu jeszcze kilkanaście lat temu była możliwość wejścia do tego podziemia.


Rajd po złoto?


Ojciec S. Bugdola był Ślązakiem. Jednak podobno zawsze czuł się Polakiem i dlatego po wojnie pozostał w kraju i osiedlił się w okolicy Pobiednej. Ten człowiek, jak twierdzi syn, do Wehrmachtu był wcielony niemal siłą, lecz pomimo tego pod koniec wojny paradował już w kapitańskim mundurze, z kilkoma wysokimi odznaczeniami bojowymi. S. Bugdol ojca pamięta dość słabo - zginął wypadając z okna, gdy syn miał zaledwie osiem lat. To zdarzyło się na początku lat sześćdziesiątych.


Syn twierdzi, że nie wie, skąd ojciec wziął się po wojnie w Górach Izerskich, dlaczego dotarł akurat tu, choć pochodził z Górnego Śląska. Przyznaje też, że miejsce osiedlenia się ojca chyba nie było przypadkowe. Tym bardziej że ojciec, wówczas młody i przystojny mężczyzna, ożenił się ze znacznie od siebie starszą Niemką, autochtonką, mieszkającą w pobliżu Ulicka. To był rok 1947. Ojciec Stanisława po wojnie był hodowcą bydła, co w tamtym czasie pozwalało na dość bezpieczne i zasobne życie. - Nigdy nie spotykałem się z przejawami wrogości miejscowej, już całkowicie polskiej ludności. A o tym, że mój ojciec miał być tzw. strażnikiem skarbów, zaczęto mówić dopiero po jego śmierci - mówi S. Bugdol.


- Pamiętam - opowiada dalej - że na jakiś czas przed śmiercią ojciec opisywał, że był świadkiem wkroczenia wojsk amerykańskich w rejon Świeradowa. Twierdził, że było to chyba nawet kilkanaście czołgów, które jednak dość szybko wycofały się na czeską stronę granicy. Wizyta Amerykanów nie była przypadkowa, bo przyjechali niemal oficjalnie po "Gold Breslau". Zdaniem ojca Amerykanie mieli konkretne adresy kilku niemieckich rodzin, bo tylko pod te domy podjechali. Poszukiwali informacji o 22 ciężarówkach, które w marcu 1945 roku wjechały do Czerniawy i... gdzieś zniknęty. Żołnierze chcieli wiedzieć, co się z tym transportem stało, co zawierał i czy mógł przejechać na czeską stronę granicy. To właśnie ich zainteresowało. Podobno najbardziej zmartwili się informacją o kilku silnych detonacjach, do których doszło w kilkanaście godzin po zniknięciu samochodów. Przy okazji rozmów z przesłuchiwanymi Niemcami Amerykanie podobno ujawnili, że mają jeńca - niemieckiego oficera, który o takim transporcie złożył zeznania. Człowiek ten twierdził, że wie na pewno o skierowaniu 22 ciężarówek do ukrycia w Górach Izerskich, ale nie był świadkiem tego, gdzie je ukrywano. Dlatego nie mógł pomóc w odnalezieniu skarbu. Bo wyraźnie o skarbie wówczas mówiono. Miał nim być transport bankowego złota wywiezionego z Wrocławia.


- Mój ojciec twierdził, że Amerykanie byli dobrze, ale jednak niedokładnie poinformowani. Ich wiedza dotyczyła bowiem obszaru kilkunastu kilometrów kwadratowych i dlatego nawet nie podjęli poszukiwań w terenie. Zniknęli zresztą równie szybko jak się pojawili. - S. Bugdol twierdzi, że ojciec obiecał, że opowie mu o sprawie, gdy Stanisław trochę podrośnie. Niestety, wcześniej zginął przypadkową śmiercią. - Bez trudu w to uwierzono -twierdzi syn - bo w momencie wypadku nie był trzeźwy. Zdążył mi jednak powiedzieć przed śmiercią "nie bój się, góry nie są zaminowane". Nie wiadomo jednak, co dokładnie to miało znaczyć.


Zdaniem Stanisława Bugdola to właśnie amerykańska wizyta w tych górach spowodowała długotrwałe zainteresowanie tym terenem ze strony służb specjalnych. W tej sprawie przesłuchiwano także jego ojca. Jednak nawet on nie wie, co ojciec robił w Czerniawie już w 1945 roku, bo przecież ożenił się dopiero dwa lata później. Zaś dla władz wizyta Amerykanów była dowodem, że warto tym terenem się zainteresować. Jednak jego zdaniem twierdzenie, że to zainteresowanie trwa nadal, jest grubą przesadą.


Tu wjechały ciężarówki - Jan Dzięcioł, od lat badający sprawę zaginionego w Górach Izerskich transportu składającego się z ponad dwudziestu ciężarówek, pewnym ruchem pokazuje rejon gór, w którym jego zdaniem auta zniknęły. Jeszcze kilka lat temu w tej okolicy żyło kilku Niemców autochtonów, którzy


pod koniec życia zdecydowali się o tym opowiedzieć. Zdaniem niektórych ich polskich sąsiadów byli to tzw. "strażnicy" i dlatego ich opowieść jest niewiarygodna. Pan Jan jednak im wierzy, bo jak twierdzi, zweryfikował te relacje tak w Niemczech, jak i w archiwach amerykańskich.


22 ciężarówki podjechały od strony Mirska przez Orłowice do Czerniawy i tu skierowały się w stronę gór. Zmarły kilka lat temu świadek, Niemiec, który po wojnie pozostał w swoim domu, opowiadał, że osobiście liczył te ciężarówki. Auta były bez eskorty, a kolumnę zamykali żołnierze Wehrmachtu na motocyklu. Auta zniknęły gdzieś pomiędzy Czerniawską Kopą a Opaleńcem.


Człowiek ten twierdził, że domyślał się, iż ciężarówki wiozą coś, co ma być ukryte w górskich sztolniach. Czekał na ich powrót, mając nadzieję, że upływ czasu pozwoli na zorientowanie się, jak daleko auta pojechały. Niestety, nie mógł pójść ich śladem, bo wcześniej ogłoszono, że zostanie zastrzelony każdy mieszkaniec wsi, który znajdzie się na ulicy lub będzie podpatrywał przez okno. W zupełnie pustej wsi ryzyko wyjścia z domu było podobno zbyt wielkie.


Tego świadka w Pobiednej dobrze pamiętają. Twierdzą, że był to człowiek wiarygodny. Z jego relacji wynika, że z gór nie powróciło ani jedno auto, a kilka godzin po zniknięciu transportu wsią wstrząsnęły potężne, prawdopodobnie podziemne wybuchy. Już po wojnie świadek dowiedział się, że dokładnie w tym czasie granicę czeską przejechało kilka lekkich terenowych aut i motocykli. Musiały one być ukryte i wiezione na ciężarówkach. Być może kogoś z tych ludzi aresztowali później Amerykanie i mógł to być świadek ukrywania tego transportu...


Świadek zmarł kilka lat temu. Zdaniem mieszkańców Pobiednej powinien wiedzieć znacznie więcej, niż mówił. Ile wiedział? To właśnie jest kluczowe w tej sprawie pytanie.


Pamiętam,jak chodził po górach - Pani Ewa mieszka w Pobiednej od 1947 roku. Doskonale pamięta jeszcze niemieckich sąsiadów i czasy ich wysiedlania. Pamięta także pewnego autochtona, niejakiego Dybę, nieżyjącego już od wielu lat. W czasie wojny był on radcą prawnym w Lubaniu. W czasie walk o Lubań człowiek ten przyjechał do Czerniawy i tu się osiedlił, żeniąc się z mieszkanką tej miejscowości. - To był kulturalny pan, dobrze mówiący po polsku - wspomina pani Ewa. - Nawiązałam z nim kontakt, często rozmawialiśmy. Opowiadał o niemieckich czasach, o swoich studiach i pracy najpierw na Górnym Śląsku, a później w Lubaniu. Mnie, młodą wówczas dziewczynę, te opowiadania nie bardzo interesowały. Pamiętam jednak, że ktoś pytał go także o sprawę ciężarówek. To był nasz sąsiad, który od Niemca, Urlicha, wiedział o tym transporcie. Tyle tylko, że ten Niemiec twierdził, że transport "poszedł na Czechy, że zniknął gdzieś koło młyna". Dyba zaś przekonywał, że nic o takim transporcie nie wie. To jednak było mało prawdopodobne, bo ja tego człowieka zapamiętałam jako kogoś, kto nieustannie chodził po górach. Wychodził w góry codziennie, na wiele godzin. Bez względu na pogodę, nawet w czasie największych mrozów i śnieżnych zadymek. Wychodził stąd, z Podbiednej, a schodził z gór w Świeradowie i do domu wracał już drogą. Często nawet w nocy. Wiele razy pytałam go żartem - czy pan szuka skarbów? Odpowiadał - kocham te spacery.


Pani Ewa i kilku jej sąsiadów doskonale pamiętają, że za Dybą wiele razy udawały się szpiegowskie wyprawy. Śledzono go w nadziei, że podpatrując, gdzie chodzi i co robi, uda się wyśledzić, co naprawdę robi w górach. Nie udało się. Pomimo upływu wielu lat pani Ewa z przejęciem opowiada, że Dyba zawsze skutecznie gubił śledzący go "ogon", l opowiada, że kiedyś zapytała go wprost. - Jak pan to robi? - Opowiedział mi, że ma w górach specjalne kryjówki, ukrywa się w nich, a później, gdy zostanie wyprzedzony przez śledzących, spokojnie idzie za nimi. Nigdy mi nie powiedział, co tam naprawdę robi. Ja zresztą nie bardzo umiałam go pytać. Gdybym wówczas posiadała obecną wiedzę i doświadczenie, to kto wie, może wiedziałabym w tej sprawie więcej...


Teraz jednak od Dyby nikt niczego się już nie dowie. A szkoda, bo zdaniem mieszkańców Czerniawy i Pobiednej ten człowiek o transporcie i jego losach musiał sporo wiedzieć. - Był normalny i na pewno nie tylko turystyczna pasja prowadziła go w góry - wspomina jeden z nich. Jego zdaniem takie postępowanie było bez sensu, bo nawet jeśliby wierzyć w turystyczny cel codziennych wypraw, to przecież na tak małym terenie już po kilkunastu dniach musiałyby one być po prostu nudne.


Dyba jednak chodził w góry codziennie, przez wiele lat. Był w czasie wojny radcą prawnym u niemieckich władz, musiał więc być człowiekiem zaufanym. Przecież jego przełożeni wiedzieli, że jest Ślązakiem... Co robił w tych górach, czego szukał, a raczej czego pilnował? A może po prostu kontrolował naturalne kamuflowanie przez przyrodę miejsc powierzonych swojej pieczy? To prawdopodobne. Bo wejścia do takich miejsc tylko co jakiś czas mogły grozić dekonspiracją. Natomiast codzienne krążenie po górach i tylko rzadkie, a wyglądające na całkowicie przypadkowe zaglądanie w naprawdę interesujące rejony gór doskonale ukrywało cel takich wypraw.


Są ślady miejsc, w których warunki terenowe uzasadniają prowadzenie poszukiwań zaginionego transportu, jest w tej okolicy co najmniej kilka. Są i takie, w których nie trzeba być specjalistą, by zauważyć, że kiedyś prowadzono tam roboty ziemne. Do dziś w lesie, w znacznej odległości od zabudowań, ale za to w bardzo interesującym miejscu można natrafić na skały, w których zachowały się wywiercone w nich otwory strzelnicze, służące do wysadzania skał. Taką właśnie skalę ujawniła osuwająca się ziemia. Tuż obok widać też ślad po kimś, kto postanowił łopatą podkopać się pod wzniesienie i przełamać na pewno ogromny zawał. Był bez szans. Czy innych poszukiwaczy też spotka ten sam los...


źródło: Muzyczne Radio
Tajemnice z worka Liczyrzepy
autor: Marek Chromicz



Dołącz do nas



Tweetnij
Kalendarium
Czy wiesz, że...
Zdjęcie tygodnia
Pocztówka miesiąca
Informator SMS
Polecane linki




















Wszystkie materiały na tej stronie objęte są pełnym prawem autorskim,
osoby zainteresowane ich wykorzystaniem (w całości, lub części) proszone są o uprzedni kontakt z redakcją serwisu www.pobiedna.pl.


copyright © pobiedna.pl 2007-2018          Statystyki obsługuje system statystyk stat4u