Kalendarz odbioru odpadów

Sołecka Strategia
Rozwoju Wsi


Oficjalna strona Pobiednej


Pobieda aż piszczy

Moskiewskie uroczystości Dnia Zwycięstwa ożywiły lamenty prawdziwych patriotów o zmianie okupacji Polski w 1945 r. z niemieckiej na radziecką. Jest w Pomrocznej miejscowość będąca tego żywym symbolem.

Równo 60 lat temu do niewielkiej miejscowości o nazwie Wigandsthal wjechał oddział żołnierzy radzieckich wchodzący w skład 31 armii 2. Frontu Białoruskiego. Jeszcze trzy dni wcześniej oddział stoczył potyczkę z kryjącymi się w górskich lasach niedobitkami Wehrmachtu. Tego dnia panował spokój, a w mieścinie Rosjanie zastali garstkę przestraszonych niemieckich cywilów. W południe drogą radiową dotarła wiadomość, że skapitulowała III Rzesza. Był 8 maja 1945 r.

Kilka lat temu w prywatnym muzeum Michała Sabadacha w Uniejowicach dokumentującym pobyt wojsk radzieckich w Polsce spotkałem starszego lejtnanta Siergieja Jakowlenkę, który był tego dnia w Wigandsthal.

- My pobiedili, pobiesiedowali, popili spirt i pojechali w pizdu - lakonicznie opisał wydarzenie sołdat.

Wypędzeni biorą odwet

Po Ruskich pozostała nazwa miejscowości: Pobiedna (od "pobieda", czyli zwycięstwo), która - o zgrozo - utrzymała się do dziś. Dawne miasteczko, dziś wieś, jest ostatnią wyzwoloną w 1945 r. miejscowością w obecnych granicach Polski. Rosjanie nie rozszabrowali ani okazałego kościoła, ani browaru, ani pałacu rodu Gersdorfów, ani stojącego na skraju mieściny obserwatorium astronomicznego. Jak na okupantów, zachowali się dziwnie.

Szabrem skutecznie zajęli się polscy repatrianci, dziś określani przez katonarodowców mianem "wypędzonych z Kresów Wschodnich".

Obecnie z kościoła ostała się tylko wieża, która się sypie. Obserwatorium to zarośnięta drzewami ruina, a po browarze nie zostało śladu, bo miejscowi nie lubili warzyć piwa, tylko - kresowym zwyczajem - pędzili bimber w każdym domu. Ratusz sam się zawalił; dziś na jego miejscu pośrodku ryneczku stoją huśtawki dla bachorów.

Wyzwolenie szczęścia nie daje

Po okresie szabru nastała stabilizacja. Komusza władza zniewoliła ludzi urządzając w miejscowości trzy fabryki i wielki PGR. Chlewnia liczyła więcej świń niż Pobiedna mieszkańców. Zniewolonym postawiono osiedle bloków i zagnano ich do nich, a w pałacu powstał ośrodek kolonijny i państwowy zakład opiekuńczo-wychowawczy dla sprawnych inaczej panienek.

Tak to wszystko hulało przez lat bez mała 50, aż przyszedł nowy, jedynie słuszny ustrój, który - jak mówią prawicowi patrioci - dopiero wyzwolił ojczyznę ze zniewolenia. Mieszkańców Pobiednej przy okazji uwolniono od trzech fabryk i PGR. Zlikwidowano ośrodek w pałacu. Sprawniejsze z niesprawnych panienek powychodziły za mąż w okolicy, resztę wywieziono w siną dal. Pałac sprzedano, ale nowy właściciel z Wrocławia nie spieszy się z wykładaniem pieniędzy na remont; budowla częściowo się nadpaliła i powoli obraca w ruinę. Podobnie jak zabudowania byłego PGR.

Czasy zniewolenia tak wspominają byli pracownicy gospodarstwa, dziś medytujący nad butelką napoju winopodobnego Mustak:

- Panie, czy ktoś wtedy pił takie świństwo? - pyta retorycznie pan Staszek, z pogardą trącając nogą flaszkę po jabolu. - W soboty i niedziele do rana balowało się w "Marysieńce". Płynęła najlepsza wódka, zagryzana gotowaną szynką i śledzikiem. Dzieciaki jeździły na kolonie, my na wczasy nad morze. Były deputaty: węgiel, drewno, ziemniaki. Komu to przeszkadzało?

- Mam 800 zł emerytury - wtrąca pan Mundek - i dzisiaj nie stać mnie ani na szynkę, ani na wódkę.

Nie ma także knajpy Marysieńka. Na jej miejscu jest spożywczak, w którym idą najtańsze wędliny, najtańsze szlugi i jabole.

Młodzież, która jeszcze została w Pobiednej, kontestuje rzeczywistość grupując się w punkowej subkulturze. Zamiast patriotyzmu uprawia anarchię. Pewnie dlatego lokalny kandydat do Parlamentu Europejskiego z LPR, niejaki Andrzej Kredkowski, który (jak głosiła wyborcza ulotka) specjalizuje się w działalności kulturalno-rozrywkowej, nie zyskał tu ani jednego głosu.

Patrioci tęsknią za Murzynami

Przed wojną miejscowość słynęła z wyrobów tkackich, szlifierni kamieni półszlachetnych i fabryki paciorków, które trafiały aż do Afryki. Niemieccy koloniści kupowali nimi życzliwość tubylców. Dzisiaj obywatele Pobiednej chcieliby zasuwać choćby przy tych paciorkach, bo pracy nie ma nawet w dalszej okolicy. Węgiel kupują w Czechach, ponieważ jest ponad dwa razy tańszy niż polski. Na szczęście najbliższe przejście znajduje się o rzut beretem. Ci, których nie stać nawet na ten tani, rąbią okoliczne lasy. Z instytucji użyteczności publicznej ostały się przychodnia i cmentarz, przy czym drugi cieszy się większym wzięciem.

Kolejna przykra wiadomość dla pomrocznych patriotów: ludzie są dumni z nazwy swojej miejscowości i nie życzą sobie, żeby ją zmieniać. Był jeden radny, który się tego domagał, ale zamilkł, gdy obywatele odkryli, że kombinuje przy sprzedaży działek budowlanych Niemcom w niedalekim uzdrowisku Świeradów.

Grupka wesołków rzuciła pomysł, żeby na tablicach z nazwą miejscowości oraz w dokumentach mieszkańców wymazać dwie pierwsze litery. Nazwa byłaby i patriotyczna, i bardzo na czasie.

Wspominając stare czasy

Przed wyjazdem do Moskwy prezydent Kwaśniewski przyjechał do Wrocławia, bo tamtejsza prawicowa władza gardłowała, żeby w mieście nad Odrą odbyły się centralne obchody 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej w Pomrocznej. Władza nie miała jednak pomysłu na program imprezy. Po odrzuceniu kilkunastu chałturnych projektów przeszedł pomysł eksbarda tutejszej "Solidarności" Romana Kołakowskiego. Widzom zafundowano widowisko "Mysterium iniquititas" oparte na wiekopomnej myśli J.P. II Wielkiego, z kościelnymi chórami i cokolwiek wyleniałymi artystami jak Edyta Geppert, Kinga Preis, Andrzej Seweryn czy Olgierd Łukaszewicz.

Ludzie z Pobiednej żałują, że pan prezydent nie przyjechał do nich. Nie byłoby kościelnych chórów i religijnego zadęcia. Prezydent mógłby za to uścisnąć rękę kilku żyjącym jeszcze kombatantom z oddziału II armii LWP, po wojnie przemianowanego na Korpus Ochrony Pogranicza. Strzeliłby sobie z nimi szklaneczkę "Mustaka". Mógłby też powspominać, jak odwiedzał aktyw socjalistycznej młodzieży w leżącym kilkanaście kilometrów stąd ośrodku Baworowa. Coroczna impreza nazywała się "Awangarda XX wieku", a Kwaśniewski - wówczas minister do spraw młodzieży - obalał z aktywem jabole, spał na podłodze i dyskutował po świt. Wskazywał młodym, skąd im wyrasta korzeń.

Mógłby też położyć kwiaty na grobie księżnej Anny von Ruojs, w której żyłach płynęła krew ruska, choć błękitna. Księżna prowadziła działalność charytatywną i była za jednością mieszkańców ponad podziałami. Wówczas obok siebie mieszkali tu Niemcy, Czesi, protestanccy emigranci z Tyrolu, a nawet garść Polaków. Nagrobek księżnej jest skromny, bo parę lat temu ktoś w potrzebie zajumał okazały marmurowy krzyż. Obok grobu księżnej znajduje się grób milicjanta zastrzelonego na służbie w 1948 r. Strzelającymi byli członkowie odprysku grupy "Wilka" walczącej przeciw władzy ludowej, ale tutejsi zupełnie niepatriotycznie nazywają ich bandytami.

W ogóle lud w Pobiednej jakiś dziwny. IPN powinien całą wieś zlustrować.

źródło: Tygodnik "NIE" 19/2005 Bogusław Gomzar



Dołącz do nas



Tweetnij
Kalendarium
Czy wiesz, że...
Zdjęcie tygodnia
Pocztówka miesiąca
Informator SMS
Polecane linki




















Wszystkie materiały na tej stronie objęte są pełnym prawem autorskim,
osoby zainteresowane ich wykorzystaniem (w całości, lub części) proszone są o uprzedni kontakt z redakcją serwisu www.pobiedna.pl.


copyright © pobiedna.pl 2007-2018          Statystyki obsługuje system statystyk stat4u