Kalendarz odbioru odpadów

Sołecka Strategia
Rozwoju Wsi


Oficjalna strona Pobiednej



Rodzina w ruinie

1 lutego 2011 r.

Głos w słuchawce łamał się co chwilę:
- Już nie wytrzymam... Tak dłużej nie można żyć... Bez warunków, bez wody, w riunie. W każdej chwili ściany i sufit mogą nam się zawalić na głowę. Wilgoć, grzyb, dzieci chorują... Nikt nie chce nam pomóc... Niech pan przyjedzie jak najszybciej, bo ja nie daję rady... nie mam już siły. Nie wiem, co stanie się jutro...


Jadę do Pobiednej. Dom stoi przy głównej drodze. Z zewnątrz nie wygląda dobrze. Dach odnowiony, ale sypiące się, spękane ściany, zniszczone okna nie wróżą nic dobrego. Pukam, dzwonię, ale nikt nie otwiera. U sąsiadów też ani znaku życia. Nie ma nawet kogo zapytać o to, co dzieje się za ścianą. Wreszcie ktoś pojawia się za zniszczonym murem dzielącym podwórko za domem. Pytam o panią Elżbietę.

- Pogotowie ją zabrało. Chyba jest w szpitalu, ale nie wiem, co się stało - odpowiada uprzejmie kobieta. Przekonuje, że ktoś powinien być jednak w domu. Bo są przecież dzieci, matka mieszka na górze.

Długo czekam, chodzę wkoło zaglądam przez okno, pukam coraz głośniej, ale drzwi wciąż zamknięte. Nikt się nie pojawia. Robi się późno. Wracam. Następnego dnia rozpocznę poszukiwania. Telefon pani Elżbiety milczy.

Kolejnego dnia dzwoni sama. Przeprasza, że nie odpowiadała, ale w szpitalu zabrali jej komórkę i oddali dopiero przy wyjściu. Co się stało?

- Nie wytrzymałam. Wypiłam, dwa, może trzy piwa. Specjalnie. Wiedziałam, co może się stać. Leki na depresję i alkohol to nie jest dobra mieszanka... Ale już jestem domu.

Jadę do Pobiednej.


Dziury w ścianach

Tym razem drzwi otwarte. Pani Elżbieta zaprasza do środka.

- Niech pan sam zobaczy, jak żyjemy. Chociaż czy to można nazwać życiem?...

Stary budynek na wejściu straszy niedokończonym remontem przebudowywanych komórek, które miały być dodatkowymi pomieszczeniami.

- Miał być pokój dla dzieci i łazienka z toaletą, bo ile można załatwiać się na podwórku, ale nie dali zgody. Miało być jakieś dodatkowe mieszkanie dla kogoś. Kiedyś można było chociaż rower gdzie schować, a teraz nie ma żadnego pożytku z tego, co nie zrobione.

Za drzwiami nie czuć dramatu biedy. Małe mieszkanko na parterze na pierwszy rzut oka nie sprawia złego wrażenia. Urządzone, wysprzątane, nie ma bałaganu, brudu. Meble, telewizor, spokój. Gospodyni oprowadza po domu.

- Proszę zobaczyć okna. Zaraz same powypadają. Wiatr hula po całym domu, deszcz leje się do środka. Chciałam wymienić na nowe, plastikowe. Załatwiłam pieniądze, ale żadna z pięciu firm u których byłam, nie chciała podjąć się wymiany. Bali się, że jak ruszą stare okna, to ściany będą się walić... Tu, koło łóżka córki, jeden wielki grzyb na ścianie. A ona ma astmę. Nie ma gdzie się ruszyć. Michałek teraz do szkoły idzie i gdzie ja mam go posadzić, żeby odrobił lekcje?! Czasami chodzimy spać do matki na górę, żeby nie siedzieć w tej zgniliźnie, ale tam też strach.

Idziemy na piętro. Tu widok jest koszmarny. Dziury w rozpadających się ścianach i podłodze. Porozrzucane śmieci tylko dopełniają całości.

- Możemy wejść do środka, ale tylko tu z brzegu, na belki, bo dalej możemy nagle runąć w dół. Jak się pan nie boi chodzić w takich miejscach, to zapraszam na strych. Ściana tak się skrzywiła, że jak otworzyłam drzwi, To już nie mogę ich zamknąć. Trzeba wiedzieć, gdzie nogę postawić, żeby nie spaść razem z resztkami podłogi. Siedzimy na dole ze świadomością, że w każdej chwili chałupa może runąć nam na głowę. Dach zrobili tak, że sąsiadów zalało. Woda robi swoje. Ten dom jest jak trumna... I teraz jeszcze bez wody, bo przyszli i odcięli za niepłacone rachunki. Prosiłam, żeby dali szansę spłacania zaległości na raty, ale nie było mowy. Wodę do picia i gotowania przynosimy od kuzyna, który mieszka za murem. Prania w pralce zrobić nie można. Tak nie da się żyć i nie wiem, co robić...


Zakręt za zakrętem

Siadamy przy stole w kuchni, Elżbieta zaczyna opowiadać o swoim życiu. Ma 34 lata i przygniatający bagaż doświadczeń. Mówi dużo, ale nie o wszystkim. Strzępy zdań, niedopowiedzianych historii przeplatają dłuższe chwile ciszy. Łamiący się głos, łzy, zakrywana twarz, nerwowe spojrzenia.

- Wszyscy się tutaj znają. Wiedzą o sobie za dużo. Ludzie i tak gadają, a jak pan coś napisze, będą jeszcze wytykać nas palcami.

- To jak mam pani pomóc?

- Nie wiem. Ale niech pan sam powie, czy można tak długo wytrzymać?! Nad głową tykająca bomba. XXI wiek i załatwiać trzeba się w wychodku na dworze. Latem pół biedy, ale zimą? W wannie zbieramy deszczówkę do mycia... Co z dziećmi?.

Elżbieta wspomina o kłopotach ze zdrowiem, o depresji dwubiegunowej. Leczy ją, ale po wyjściu ze szpitala wszystko znowu wraca. O domowej gehennie, niespłaconych długach i kolejnych zakrętach losu. O wyjazdach z domu po zdrowie, za pracą i za szczęściem. O mężczyźnie, który był jej nadzieją, ale stracił życie, wypadając z okna. O dzieciach, które zostają pod opieką babci. O rozstaniach, wizytach w domu, gdy przez jakiś czas mieszkała poza nim, i powrotach na zawsze, które zmieniać mają życie, ale nic z tego nie wychodzi.

- Wiele razy chciałam ułożyć wszystko od nowa, zabrać stąd dzieci, zacząć żyć normalnie, ale chyba nie mam na to szans. Jak znajdę dobrą pracę, to za trochę ląduję na zwolnieniu lekarskim. Kto by chciał trzymać takiego pracownika?. Miałam świetną szefową w Leśnej. Rozumiała wszystko, wspierała. Dała pracę i pieniądze na zapłacenie długów, żeby się dźwignąć. Dała bym sobie jakoś radę, Ale wylądowałam na leczeniu, znowu wszystko diabli wzięli. Żeby chociaż to mieszkanie normalne było. Łazienka, woda, pewny dach nad głową. Mam nie popłacone rachunki za mieszkanie jakieś 2 tys., za wodę ponad 4 tys., ale nie dali mi nawet szansy, żeby je spłacić. Miałam dodatek mieszkaniowy, to już było coś. Ale w komunalnej nikt nawet nie chciał już ze mną rozmawiać. Powiedzieli, że domu nie będą remontować, bo czynszu nie płacę. A sprawa długów za wodę trafiła już do komornika.


Rozmów nie było...

Dyrektorzy Administracji Budynków Komunalnych i Zakładu Usług Komunalnych w sprawie pani Elżbiety, choć wypowiadają się osobno, mówią jednym głosem. Ich zdaniem sytuacja lokatorki mieszkań z Pobiednej jest trudna, ale w dużej mierze dzięki jej postawie. A właściwie braku jakiejkolwiek reakcji na jej problemy finansowe, mimo woli współpracy ze strony zakładów budżetowych gminy.

- Budynek w Pobiednej jest rzeczywiście w złym stanie - wyjaśnia Zbigniew Guszpit z ABK. - Rozpoczęliśmy tam remont, ale musieliśmy go przerwać z powodu braku odpowiednich środków. Ekipa remontowa wróci tam, jak tylko będzie to możliwe. Zaległości z tytułu opłat czynszowych za ten lokal nie mają bezpośredniego wpływu na tempo prac. Dysponujemy naliczonymi możliwościami finansowymi i tyle.

Franciszek Sławiński z ZUK wyjasnia cała procedurę związana z odyskiwaniem zaległych należności za wodę. Przekonuje, że odcięcie wody było koniecznym, ostatecznym rozwiązaniem związanym z brakiem odpowiedzi ze strony zainteresowanej na wielokrotne propozycje rozwiązania problemu w tym konkretnym przypadku:

- Nie prawdą jest, że nie chcieliśmy rozmawiać z panią Elżbietą i nie chcieliśmy rozkładać jej zaległości na raty. Sprawa ciągnie się od lat. Kiedy kwoty nie były jeszcze tak duże, proponowaliśmy jej rozłożenie spłaty zaległości na maksymalny okres 12 miesięcy, na co musieliśmy uzyskać zgodę władz gminy i zrobiliśmy to. Ale nawet nie pojawiła się u nas i nadal nie płaciła. W grudniu ubiegłego roku skierowac musieliśmy więc sprawę do sądu. Konsekwencją tego jest egzekucja komornicza. Na tym etapie już nic nie możemy zrobić. Pani Elżbieta skontaktowała się z nami dopiero, jak pojawiła się u niej ekipa techniczna, żeby odciąć dopływ wody. Czekaliśmy bardzo długo i nie mogliśmy już postąpić inaczej.

Identycznego zdania jest też burmistrz Leśnej, Mirosław Markiewicz, który zapewnia, że kobieta w swojej trudnej sytuacji nie szukała też pomocy ze strony gminy. Nigdy nie zwracała się do burmistrza ani w sprawie mieszkania, ani w sprawie pomocy w rozwiązaniu problemu jej zaległości finansowych. Burmistrz zapewnia jednak, że zainteresuje się sprawą i zastanowi się ze swoimi ludźmi, jak pomóc można tej rodzinie.


Co to za matka...

Mija sporo czasu. Telefon pani Elżbiety znów długo nie odpowiada. Raz jeszcze jadę do Pobiednej. W drzwiach wita mnie pani Marianna - matka Elżbiety. Zaprasza do środka. Pytam, czy coś się zmieniło i co się dzieje z Elżbietą? Po długiej ciszy tylko płacz.

Do kuchni wchodzi Karolina, 17-letnia córka Elżbiety:

- Nie płacz, babciu, powiedz co się dzieje. Wszyscy i tak wiedzą, że matki znów nie ma od kilku tygodni. Poszła w tango. Zresztą co to za matka. Gdyby nie Michał, sama już bym się wyniosła z tego domu. Ale nie zostawię przecież małego brata. On ma dopiero 7 lat. Kto go przypilnuje?

- Zostawiła mi dzieci na głowie i zniknęła. Znowu gdzieś pojechała. Mówiła coś o pracy w Lubaniu, miała wrócić, ale jej nie ma - pani Marianna nie przestaje płakać. - Co to za matka, co dzieci swoje zostawia? Co ja mam robić? Chora jestem, powinnam pójść do szpitala, ale co będzie z wnukami? Nie mogę ich zostawić. Ich ojciec całymi dniami w pracy. Stara się. Przyjeżdża wieczorami, umyje się, zje i idzie spać. Ja muszę zrobić wszystko.

Pani Marianna wie, że mówi o swojej córce, ale nie jest w stanie wydusić z siebie dobrego słowa:

- Jak była, owszem, sprzątała, bo o porządek dba, ale na tym koniec. Kłamać potrafi jak z nut. Piła, znikała, szalała, awanturowała się, prowokowała. To ona męża swojego zniszczyła. Teraz oboje mają ograniczone prawa rodzicielskie, a ja mam dom i dzieci na głowie. I z czego ja mam ich utrzymać? Za 780 zł emerytury, co mi zostanie? Bo spłacam jeszcze pożyczkę. Namówiła mnie, żeby wziąć dla niej, miała pomóc spłacać... Jakoś żyjemy, ale nie wiem, jak długo tu wytrzymamy. Żeby chociaż gdzieś się stąd wyprowadzić. Zajmę się wnukami, damy sobie radę, tylko trzeba nam jakiegoś mieszkania.

Karolina nie pozostawia wątpliwości. Nie chce mieszkać z matką, nie chce nawet jej widzieć. Mówi, że ojciec się stara, ale najlepiej byłoby, jakby z Michałem zamieszkali z babcią. Tylko gdzie?

Miałam prywatnie wynająć mieszkanie tu niedaleko, ale właścicielka wyjechała za granicę i nic z tego nie wyszło - mówi pani Marianna. - Pójdę do gminy, może coś pomogą.

Mirosław Markiewicz zapewnia, że gmina pomoże. Szybko udało się znaleźć pomysł na rozwiązanie doraźnych problemów.

- Znaleźliśmy mieszkanie, które możemy dać im choćby od zaraz. Myślę, że komisja mieszkaniowa podejmie taką decyzję. Tylko niech się coś w tej rodzinie wyjaśni i poukłada, bo komu mamy je dać? - Podkreśla burmistrz.

Jeszcze w grudniu pani Marianna z kuratorem odwiedzić miała burmistrza, by porozmawiać o mieszkaniu dla siebie i wnuków. W tym miesiącu sąd zająć miał się też sprawą ustanowienia babci rodziną zastępczą dla dzieci jej córki.


Tekst i zdjęcie Daniel Antosik

Źródło: Nowiny Jelenigórskie nr 1, 4 stycznia 2011 rok



Dołącz do nas



Tweetnij
Kalendarium
Czy wiesz, że...
Zdjęcie tygodnia
Pocztówka miesiąca
Informator SMS
Polecane linki




















Wszystkie materiały na tej stronie objęte są pełnym prawem autorskim,
osoby zainteresowane ich wykorzystaniem (w całości, lub części) proszone są o uprzedni kontakt z redakcją serwisu www.pobiedna.pl.


copyright © pobiedna.pl 2007-2018          Statystyki obsługuje system statystyk stat4u