Kalendarz odbioru odpadów

Sołecka Strategia
Rozwoju Wsi


Oficjalna strona Pobiednej



Droga do Saraswati

Janusz Słoma
Było kiedyś miasto na samej granicy Czech. Miało kopalnię cyny, olbrzymi pałac, fabrykę tekstylną i szlifiernię granatów. Miało nawet hrabiego ekscentryka - Adolfa Traugotta von Gersdorfa, badacza i filozofa, który na jednym z pobliskich wzgórz wybudował wieżę astronomiczną "Mon Plaisir". Ale nie miało szczęścia.
Najpierw Pobiedna utraciła prawa miejskie. A kiedy przez wieś przetoczył się ostatni wojenny front, władza zakazała odremontować kościół. Powiadają, że to miejscowi notable mieli ochotę uszczknąć coś z bogatego, hrabiowskiego wyposażenia, jak już się zawali. Ludzie przenieśli się do małego kościółka pięć kilometrów dalej. A "nieznani sprawcy", których imiona ciągle wielu tu pamięta, roznieśli ten duży kościół na strzępy... Powiadają, że żaden z nich nie dożył starości.
Potem zamknięto fabryki, na miejskim rynku rozwłóczyły się kozy, barokowe tynki pałacu zaropiały liszajem, a po każdej wichurze można było zbierać strzaskane dachówki. A daleko, w parku drżał ze strachu przed zniszczeniem ostatni, zapomniany klejnot - pałac Richterów. Rzadki w naszym kraju przykład stylu art déco. Czy i jego miał spotkać taki los jak inne zabytki Pobiednej? Może to było fatum. A może zabrakło tam muzyki? Bez niej przecież cień wyziera z ludzkich oczu, a głuchy dom staje się katakumbą.

Dziewczyna w starym ogrodzie
Park pałacowy wygląda teraz jak z bajki. Nie tej o Śpiącej Królewnie, bo nie ma w nim już martwych drzew, śmieci ani ciernistych krzewów. Tej z dobrym zakończeniem. Nawet cień drzew wydaje się niebieski, kiedy przecinać go w samo południe.
- Wiedziałam o tym pałacu, bo kiedyś, dawno temu była tu świetlica. A w świetlicy telewizor. Moja mama, jeszcze jako dziewczynka przybiegała z Czerniawy, żeby oglądać czarno-białe bajki dla dzieci - śmieje się Kamila Prasad, smukła, niebieskooka, radosna. Dziewczyna, która potrafi własnymi rękoma wystrugać ustnik do trzystuletniego fagotu. - Ja też zobaczyłam ten pałac jako dziewczynka. Przychodziłam bawić się w parku. A potem zobaczyłam go już po swoim ślubie.
Czekał na swoją szansę. Wciąż piękny i dumny. Brakowało mu niektórych drzwi, okien i połowy parkietów. Ale umiał powitać gości stylową, przeszkloną ścianą w fantazyjnie ukształtowanej mahoniowej ramie. A w holu, który jest raczej zadaszonym atrium wciąż filtrowały świa-tło witraże Puhla i Wagnera. Takie same są dumą Berlińskiego Muzeum Sztuki Współczesnej.
Wyglądały źle, jakby lata świetności były już tylko wspomnieniem. Ale wystarczyło, żeby delikatna ręka starła z nich kurz. Pod kobiecymi palcami zaperliło się słońce. Od tej chwili przypadli sobie do serca: dziewczyna i dom w stylu art déco. - Tak, Raj - powiedziała do męża - powinniśmy tu zamieszkać.
Właściwie ma na imię Ranjit. Ale Kamila woli "Raj". W jego języku to imię znaczy "Książę". - Jest przecież jedynym chłopakiem w rodzinie... Jest księciem.

Kamila i książę
Wszystko zaczęło się dawno temu. Nikt nie przypuszczał, że kiedyś łódzkie zakłady włókiennicze Fatma będą się pozbywać pobiedzińskiego majątku - zabytkowej fabryki, pałacu i parku.
Kamila miała dziesięć lat i biegła na zajęcia w zespole Rocal Fuza, który Dominik Dębiński, muzyk, lutnik, entuzjasta muzyki baroku założył w Świeradowie-Zdroju.
- Rocal Fuza to nazwa siedemnastowiecznego polskiego tańca, sama nazwa była taka tajemnicza... - wspomina.
- Mój brat, Arek, grał w kapeli punkowej i ja też chciałam grać. Więc poszłam na pierwsze spotkanie. Pan Dębiński rozdał nam instrumenty. A potem nauczył nas, jak się nimi posługiwać.
Dostała flet. A potem szałamaję. To był amatorski zespół z najwyższej półki. Kamila grała tam dziesięć lat. Od występu w Zamku Czocha, kilkanaście kilometrów od Świeradowa po Portugalię.
- Wygrywaliśmy festiwale na pierwszych miejscach - uśmiecha się do tych wspomnień - a ja przestałam sobie wyobrażać, że mogłabym robić co innego niż grać...
Kiedy poszła do szkoły muzycznej, była przekonana, że zostanie profesjonalną flecistką.
- Ależ ty masz usta idealne do fagotu - zachwyciła się komisja.
- Oszukali mnie - śmieje się Kamila. - Pewnie nie było wystarczającej liczby chętnych, żeby uruchomić taką klasę... nie miałam pojęcia, czym jest gra na fagocie. Ale kiedy usłyszałam go pierwszy raz, wiedziałam, że to moje powołanie.
Dwa lata jeździła studiować fagot do Zielonej Góry. A potem? Potem zaczęły się kłopoty, bo w Polsce nie można studiować fagotu baro-kowego. Nie ma takiej klasy na żadnej uczelni.
Jedyną szansą był Amsterdam.
- Nie znałam tego miasta, nie miałam żadnych znajomych, żadnej rady. No i nie miałam pieniędzy. Holandia jest niezwykle drogim krajem. Tata zawiózł mnie samochodem i wysadził pod bramą schroniska młodzieżowego. To była jedyna możliwość, bo takiej instytucji jak akademik Holendrzy nie znają. Schronisko miało zalety - było blisko uczelni. I wady - tylko sale wieloosobowe. Przyjmowało tylko na kilka dni...
Kiedy weszła do pokoju, ktoś już tam był. Wstał i uśmiechnął się.
- Jestem Raj - wyciągnął rękę.
I tak Kamila poznała swoje przeznaczenie. To był dzień jej osiemnastych urodzin...

Jak lekarz zagrał pod wiatr
Ranjit miał zostać lekarzem, bo tak każe rodzinna tradycja. Prasadowie od pokoleń związani byli z ruchem niepodległościowym Mahatmy Gandhiego. Ojciec Raja, lekarz anestezjolog, zaprzyjaźniony z przyszłym premierem, Rajivem Gandhim, realizował wspólnie projekt budowy ekologicznych osad. W jednej z nich urodziła się mama Raja. W jej żyłach od pokoleń płynęła krew artystów - jej ojciec był uznanym poetą. Pewnie to po nim zostały Rajowi głęboko osadzone oczy i potrzeba tworzenia.
Ale rodzinne tradycje Hindusi dziedziczą po mieczu, więc przeznaczeniem Ranjita była medycyna. Obie jego siostry poszły w ślady ojca i matki, bo dziewczyna zarażona idealizmem narzeczonego skończyła medycynę. Pracuje jako pediatra alergolog. Starsza z sióstr Prasad została ginekologiem, młodsza okulistką.
- Do tego jeszcze wuj, sławny kardiochirurg - śmieje się Kamila - czy Ranjit miał wyjście?
- Zacząłem studia medyczne, ale chciałem grać jazz - rozkłada ręce chłopak w żółtej koszulce z krzykliwym nadrukiem Hell. To taki roboczy strój, ponieważ Raj właśnie rusza w kilkugodzinną podróż do Wrocławia, żeby zagrać tam koncert.
- To było silniejsze od tradycji rodu. Pewnego dnia spakowałem rzeczy i ruszyłem do Europy studiować grę na basie.
I tak się poznali. Dziewczyna z Polski i czarna owca w lekarskiej dynastii. Jedyny chłopak w rodzinie. Książę...

Zmywanie naczyń i ślub stulecia
Życie w Amsterdamie dało im w kość. Nocą zmywanie naczyń w irlandzkim pubie, rano sprzątanie pomieszczeń szkoły akupunktury, potem studia, a jeśli sił wystarczało to jeszcze kilka godzin w roli baby-sitter.
- Stypendium, jakie dostałam z uczelni w Zielonej Górze, wystarczyło na dwa miesiące życia w Amsterdamie. W schronisku spotkało się sporo ludzi z naszej uczelni, bo było blisko. A na studiach tylko jeden procent to Holendrzy. Ale nie mogliśmy mieszkać tam przecież dłużej niż kilka dni. Wynajęliśmy wspólne mieszkanie. Jedno na kilka osób. Każdy grał w swoim pokoiku...
Pierwsze dwa lata były bardzo trudne. Kamila miała ochotę wracać. Przynajmniej kilka razy dziennie.
- Trzeba wytrwać - powtarzała - nie ma zwycięstw bez walki.
- Dziś jestem z siebie dumna. Nie dałam się. Gdybym wróciła... czasem myślę o tym. Pewnie miałabym szansę uczyć muzyki w szkole. Ale czy byłabym szczęśliwa? Trzeba było wytrwać. I było coraz łatwiej, bo... staliśmy się parą.
- W Polsce, nawet kiedy przychodzi listopad, wiesz, że minie trochę czasu i znowu wszystko zakwitnie, znowu będzie słońce. W Holandii mają tylko jedną porę roku - deszczową. Popadaliśmy w przygnębienie.
Szaro i mokro za oknem. Drogo i niesmacznie w sklepach. Kamila gotowała zupę warzywną i patrzyła, jak z marchewki wypłukuje się barwnik.

Nic tylko siąść i płakać
Przenieśli się studiować do Hagi. I zaczęli grać koncerty. Coraz więcej i więcej. Wreszcie propozycji było dość, żeby zarobić na szkołę, na mieszkanie, na życie. I żeby jeszcze zostało. Tyle że nigdy nie mogli zagrać razem. Instrumenty dawne mają strój w paśmie 430 herców, nowe - 440. Nie da się ich zestroić... A serca?
- Z sercami jest łatwiej. Choć to dwa narody, dwie religie... jeden Bóg... Ale kiedy szukałam restauracji, w której moja teściowa mogłaby ugotować tradycyjną hinduską weselną potrawę, to drzwi zamykały się jedne po drugich.
- A co jak nam malarię jakąś przywiozą w przyprawach? - pytali jedni.
- To już Polaków nie ma, żeby się za Hindusa wydawać! - wydymali usta drudzy.
Na szczęście Świeradów to światłe miasto. Ślub na 200 osób i 50 muzyków ze świata przeszedł do historii jako niezwykle udany. - Teściowa tylko się dziwiła, że wesele małe, tylko 200 gości... i że takie krótkie. Jej wesele trwało tydzień. Burmistrz przybył do kościoła osobiście wysłuchać ślubowania po polsku i w sanskrycie, a potem złożyć powinszowania, a hinduski kapłan zadbał o to, żeby ślub był ekumeniczny. Najpierw po katolicku, a później trzeba było przejść siedem kroków wokół ognia, na błogosławieństwo dzieciństwa, dorastania, młodości, małżeństwa, rodzicielstwa, pracy i starości pośród ukochanych. A kiedy przyjęli błogosławieństwo ryżem i pradawnymi amuletami, pięćdziesięciu muzyków zagrało taki jam, jakiego miasto nigdy tego nie zapomni. A potem kupili dom. Ten dom. Dom, w którym tata Kamili i jej brat Arek mieli nauczyć się wszystkich tajników renowacji. - Myśleliśmy o małym domu, takim żeby mieszkać w nim i żeby grać i nagrywać muzykę.
Rodzice byli innego zdania. Muzyka muzyką, a żyć z czegoś trzeba. Więc dołożyli się w takiej mierze, że młodzi nie mogli się nie zgodzić.

I zamieszkali w pałacu
Arek kupił olbrzymie drewniane drzwi w jednym ze świeradowskich pensjonatów, który wolał wstawić nowoczesne, plastikowe. Pasowały jak ulał. Niezwykłe sufity wystarczyło oczyścić z centymetrów starej farby, żeby odzyskały faliste krągłości. Dom, kiedy dotknęły go wrażliwe ręce, jakby się przebudził. Grzbiet wyprostował i wciągnął brzuch. Wygląda na osiemnaście lat, a nie sto, licząc od ostatniej przebudowy. I pokazał, ile zostało w nim autentycznych detali. Od schodów po szwajcarską kasę pancerną z zamkiem, jaki otworzyć umiałby tylko król przedwojen-nych kasiarzy. Przydałby się teraz, bo skoro nikt nie zna szyfrów, to sejfu nie da się... zamknąć.
Nazwali go Saraswati, bo dom powinien mieć imię. Saraswati - od hinduskiej bogini prawdy mądrości i sztuki. Maluje się ją na łabędziu albo na pawiu, grającą na veena - rodzaju lutni, narodowym instrumencie Indii. Portret bogini można zobaczyć w pałacowych piwnicach. Zamieniły się ze składu desek na bar, saunę, salę bilardową, wellnes i spa. A dom Richterów obok mieszkania Kamili i Raja pomieścił 18 pokoi dla gości.
- Tyle już jeździliśmy do świata... czas żeby świat przyjechał do nas - zapraszają. Przy odrobinie szczęścia można ich spotkać... Bo wciąż są w rozjazdach. Kamila w drodze do Warszawy, do wrocławskiej opery kameralnej, do Francji, potem Belgii i Holandii na indywidualne tournée. Raj usiłuje znaleźć czas na rejestrację kolejnej płyty w przerwach pomiędzy koncertami.
Mają dwie sceny, jedną w domu, a drugą w parku. I klawesyn w salonie. Bo w Saraswati króluje muzyka. Muzyka, która potrafi z oczu ludzi wydobyć światło, a dom - co straszył czernią pustych okien - zamienić w pałac.
Nie tylko ten jeden. Ostatnimi czasy w Pobiednej jakby się odmieniło. Trwa remont wielkiego pałacu Gersdorfów, domy w rynku mają nowe tynki, przyciąga wzrok zabytkowa karczma. Może to wiosna... a może muzyka?

źródło: miesięcznik "Za miastem" nr 6/2007



Dołącz do nas



Tweetnij
Kalendarium
Czy wiesz, że...
Zdjęcie tygodnia
Pocztówka miesiąca
Informator SMS
Polecane linki




















Wszystkie materiały na tej stronie objęte są pełnym prawem autorskim,
osoby zainteresowane ich wykorzystaniem (w całości, lub części) proszone są o uprzedni kontakt z redakcją serwisu www.pobiedna.pl.


copyright © pobiedna.pl 2007-2018          Statystyki obsługuje system statystyk stat4u