Kalendarz odbioru odpadów

Sołecka Strategia
Rozwoju Wsi


Oficjalna strona Pobiednej



Nie zabiłem żony

15 października2 012 r.
Wyrok: 10 lat więzienia. Artur Witczak od początku twierdzi, że nie zabił żony. Za pierwszym razem uniewinniony, teraz uznany winnym. 36-letni mężczyzna najbardziej boi się o przyszłość 11-letniego syna. Zdaniem prokuratury, dzieckiem mogą zająć się dziadkowie, a oskarżony na prawomocny wyrok powinien oczekiwać w areszcie.


O sprawie tragicznych wydarzeń sprzed ponad trzech lat, która znalazła swój finał przed sądem, ciągle mówi się w Pobiednej. Małe środowisko, tu wszyscy się znają. Plotki żyją swoim życiem. Ale Artura, który jest konserwatorem w tutejszej szkole i trenerem młodzików w klubie piłkarskim, ludzie nie uważają za mordercę. Uczniowie go lubią, rodzice piłkarzy nie boją się oddawać mu dzieci pod opiekę. Dlatego też przez cały czas trwania procesu i częściowo śledztwa mężczyzna pozostawał na wolności. Stawiał się na każde wezwanie, nie opuścił ani jednego terminu.

Mimo tego po zakończeniu procesu, w dniu ogłoszenia wyroku prokuratura wystąpiła o tymczasowy, trzymiesięczny areszt dla Artura Witczaka, bo "oskarżony może podejmować próby zakłócenia prawidłowego toku postępowania, gdy spodziewa się orzeczenia względem siebie surowej kary."

- Poszedłem do prokuratora i pytam się, czy mogę to pismo wywiesić na słupie w Pobiednej, najlepiej ze zdjęciem Artura. No, bo jak taki bandyta to niech wszyscy wiedzą... Wie Pan, do tej pory myśmy cicho siedzieli, bo tamci tylko czekają na takie okazje. Oni by chcieli, żeby syn w więzieniu zgnił. Mówią o nas różne rzeczy po wsi, ale nas ludzie znają, Artura też i my tu wrogów nie mamy. Ale ja nie pozwolę żeby syn za kraty trafił, bo on Madzi nie zabił - mówi wzruszony Zdzisław Witczak, ojciec Artura.

Rodzina wie swoje
O zabójstwie w Pobiednej pisaliśmy rok temu. Rodzice nieżyjącej Magdy Witczak mówili wówczas, że chcą sprawiedliwości za śmierć córki, która, – o czym byli przekonani – zginęła z rąk swojego męża.

Tragedia rozegrała się jak wiele tego typu podobnych, w czterech ścianach bez świadków. Artur mieszkał z Magdą w jej rodzinnym domu na piętrze. Na parterze mieszkali jej rodzice.

Feralnego dnia po obiedzie Magda wysłała Artura do sklepu po alkohol. Mężczyzna opowiadał, że kupił dla siebie trzy piwa, a dla niej butelkę żytniej wódki. Wypili to i poszli się razem wykąpać do łazienki. Potem żona miała jeszcze raz wysłać męża po alkohol. Do sklepu miał niecałe sto metrów.

Przyniósł dwa piwa i "małpkę" żytniej. Gdy wrócił, Magda leżała na łóżku. Nalał jej kieliszek i wtedy miała zacząć się kłótnia, bo znów zaczęła czepiać się jego matki. Zaczęli się szarpać potem bić. Artur W. mówił, że złapał ją za szyję i pchnął na wersalkę. Gdy wychodził, usłyszał jak wymamrotała, że jest szmata i ma się wynosić.

- Magda była bardzo impulsywna, a po alkoholu to już szczególnie. Zaczęła się awanturować, rzucać do mnie, ugryzła mnie. Ja nie jestem konfliktowy, zawsze w takich sytuacjach wychodziłem z domu, żeby ona się uspokoiła. Tak, szarpaliśmy się, ja ją odepchnąłem, ona upadłą na podłogę i wyszedłem. Nie dusiłem jej, nie maltretowałem. Co się później w domu działo, nie wiem. Ale gdy wychodziłem z domu Magda była ubrana, a matka ją znalazła w bieliźnie- opowiada Artur W.

Mężczyzna i jego rodzina twierdzą, że prokuratura w prowadzonym śledztwie mało wnikliwie zbadała okoliczności śmierci Magdy, a zwłaszcza wątki relacji rodzinnych między rodzicami dziewczyny oraz ojcem i córką.

- Mówiłam Arturowi broń się, mów coś w tym sądzie. Ale on siedział cicho, tylko tak lub nie. Był tak wszystkim przybity i zestresowany – mówi matka Artura.

- Ja nie chciałem na teściów nic mówić, ale oni do dziś mówią nieprawdę na mój temat, uprzykrzają mi życie. Tego już się nie da wytrzymać. Nie mogę się jednak załamać, bo mam, dla kogo żyć. Kacper to mój jedyny skarb, ja żyję dla niego – przyznaje Artur.

Biegli się różnią
W pierwszym procesie lubański sąd uniewinnił Artura Witczaka od zarzutu nieumyślnego spowodowania śmierci i znęcania się nad nią. W ocenie sądu śmierć Magdy była spowodowana nagłym zatrzymaniem akcji serca i niewydolnością oddechową w stanie upojenia alkoholowego. Sąd pokreślił jednak niejednoznaczność i hipotetyczność opinii biegłych, ale kolejnej opinii specjalistów nie zlecił. I to, między innymi, wytknął pierwszemu orzeczeniu sąd odwoławczy po apelacji rodziców Magdy i oskarżenia. Sprawa trafiła do ponownego rozpoznania.

Po zmianie kwalifikacji prawnej czynu na zabójstwo proces mężczyzny toczył się przed sądem okręgowym. Medycy sądowi z Białegostoku, o których opinie poprosił sąd, uznali, że kobieta zmarła na skutek uduszenia poprzez ucisk rąk na okolicę szyi. A „zadławienie jest jednym z objawów zagardlenia i zawsze ma charakter zbrodniczy”.

W tej sprawie poproszono o opinię także jeszcze jednego medyka sądowego, który bazując na dotychczasowych ustaleniach, wytykając im częściowe braki (np. brak informacji w dokumentacji, dlaczego przeprowadzono drugą sekcję zwłok denatki) uznał, że najbardziej prawdopodobną przyczyną zgonu Magdy Witczak było uduszenie w następstwie zadławienia poprzez ucisk rąk na szyję.

Jak żyć?
W rozmowie z Arturem Witczakiem i jego rodzicami cały czas towarzyszy nam 11-letni Kacper, syn Artura. Nie widać, żeby chłopiec był jakiś nie swój, zastraszony czy zestresowany. Mówi, że bardzo tęskni za mamą i bardzo kocha tatę. Nie umie sobie jeszcze tego wszystkiego poukładać.

- Staraliśmy się chronić go przed tymi informacjami, jak się tylko dało. Ale on jest coraz starszy i mądrzejszy. Skoro we wsi o tym ludzie mówią, w domu też rozmawiamy, to uznaliśmy, że należy mu się prawda. Wiem, że jest mu ciężko – przyznaje ojciec.

Przez trzy miesiące po śmierci matki, Kacper był wychowywany przez rodziców Magdy. Ojciec wyszedł z aresztu już po dwudziestu dniach. Chciał wziąć syna do siebie, ale wiedział, że może to się nie obyć bez kłopotów i krzywdy dla chłopca, więc chodził przynajmniej pod szkołę, by go zobaczyć.

- Kacper sam uciekł od dziadków po trzech miesiącach. Myśmy go nie namawiali. Tu ma normalny, ciepły dom. Nikt z nas mu nie zabrania widywania się z tamtymi dziadkami, jeśli ma ochotę, to może tam iść, kiedy chce – mówi Zdzisław Witczak.

- Ja nie chcę tam chodzić, tam jest alkohol – mówi pod nosem Kacper.

- Chłopiec jest bardzo ułożony, dobrze się uczy, ma osiągnięcia sportowe. Jego relacje z ojcem są bardzo dobre.

A pan Artur, jako mój pracownik jest bardzo lubiany przez wszystkie dzieci, jest sumiennym pracownikiem. Złego słowa o nim nie powiem. Bo chyba gdyby był taki niebezpieczny, to ludzie we wsi od razu przyszli by i zgłosili, że nie chcą, by pracował w szkole i z dziećmi – mówi Krystyna Rypicz, dyrektorka szkoły w Pobiednej.

Pani dyrektor dodaje, że i Magdę i Artura znała od czasów, gdy byli dziećmi. On był zawsze spokojny. Potem, gdy byli już małżeństwem, też ich spotykała we wsi. Wyglądało na to, że się kochali, choć ludzie różnie mówili i mówią. I dodaje, że nie wierzy, że Artur mógł zabić żonę. Wypadek, nieszczęście. Po prostu.

- Przez kilka lat pracowałem w Niemczech. I wtedy dla moich teściów byłem najlepszym zięciem, bo przysyłałem pieniądze. Ale tęskniłem za Magdą i synem. Byli tam u mnie. W 2008 roku wróciłem jednak do domu i wtedy się zaczęło – Artur przyznaje, że pił wspólnie z Magdą. Gdy pojawiał się alkohol były kłótnie. – Jeszcze przed wyjazdem do Niemiec myśleliśmy o wyprowadzeniu się z domu Magdy. Ale nie wyszło. Mówiła mi, że nie chce zostawić mamy, bo się o nią boi...

Ojciec Artura po śmierci synowej przyrzekł sobie, że nie weźmie alkoholu do ust.

- Przez alkohol ta tragedia, to, chociaż w ten sposób pokażę, że nie warto marnować sobie życia przez wódę. Magda kochana dziewczyna była, mówiła do mnie tatko. Myśmy ją kochali jak własne dziecko – wzdycha Zdzisław Witczak.

- Mam wgląd w sytuację tej rodziny od ponad dwóch lat. Jak usłyszałam tydzień temu, że Artura skazali, to mi się nogi ugięły. On naprawdę dobrze funkcjonuje, zajmuje się synem. Nie dotarły do mnie żadne negatywne sygnały. Sam mi przyznał, że gdy już nie mógł psychicznie wytrzymać, to sięgnął po piwa, ale jeździł do specjalistów po pomoc. To na pewno nie jest patologiczna rodzina. Gdyby go mieli zamknąć, to by była straszna tragedia dla Kacpra – mówi Dorota Zelkowska, kuratorka sądowa Artura i jego syna.

Kacper często chodzi na cmentarz, na grób mamy. Zdarzało się już, że kwiaty, które tam zanosił, ktoś wyrzucał na śmietnik. Witczakowie wiedzą czyja to sprawka.

- Prokurator zarzucał mi, że nie okazuję skruchy, że po mnie żalu nie widać. Ja się nie mogę załamać, bo mam dziecko, któremu muszę być i matką, i ojcem. Od śmierci Magdy nie przespałem normalnie ani jednej nocy. A płaczę wtedy jak Kacper już zaśnie – Arturowi znowu zaszkliły się oczy.

- A jeśliby ta apelacja nic nie dała i będzie miał iść siedzieć, to czy nie można napisać do sądu, żeby chociaż mu tę karę odroczyli, jak Kacper skończy osiemnaście lat? Myśli pan, że takie coś jest możliwe? – dopytuje Zdzisław Witczak.

Na razie Artur i jego rodzina czekają na pisemne uzasadnienie wyroku i złożenie apelacji przez adwokata. Wcześniej jednak sąd odwoławczy musi rozpoznać zażalenie prokuratury na odmowę tymczasowego aresztu mężczyzny.

Grzegorz Koczubaj
Źródło: Nowiny Jeleniogórskie nr 40/2012


Dołącz do nas



Tweetnij
Kalendarium
Czy wiesz, że...
Zdjęcie tygodnia
Pocztówka miesiąca
Informator SMS
Polecane linki




















Wszystkie materiały na tej stronie objęte są pełnym prawem autorskim,
osoby zainteresowane ich wykorzystaniem (w całości, lub części) proszone są o uprzedni kontakt z redakcją serwisu www.pobiedna.pl.


copyright © pobiedna.pl 2007-2018          Statystyki obsługuje system statystyk stat4u