Kalendarz odbioru odpadów

Sołecka Strategia
Rozwoju Wsi


Oficjalna strona Pobiednej



Opróżniony grobowiec



Pogórze Izerskie przez kilka pierwszych, powojennych lat było miejscem dość niespokojnym, chronionym jedynie przez nieliczne posterunki milicji oraz przez jednostki Wojsk Ochrony Pogranicza. Okolice te, leżące tuż przy granicy z ówczesną Czechosłowacją i blisko granicy z Niemcami, jeszcze długo po wojnie były szczególnie atrakcyjne dla tych, którzy poszukiwali łatwego zarobku i możliwości błyskawicznego wzbogacenia się. Wielką aktywność na tym terenie wykazywali nie tylko klasyczni szabrownicy, ale także złodzieje i bandyci, którzy rabunkiem dorabiali się w tych niezwykłych, powojennych czasach.

Nie był to spokojny okres. Nocne strzelaniny, lęk przez Wehrwolfem, a czasem także przed polską milicją, niekiedy składająca się z tych samych ludzi, to codzienność. Jeśli dodać do tego kiepsko działającą łączność i brak pewności, czy interweniujący przedstawiciele władz zamiast chronić, nie będą kontynuować rabunku, jawi się obraz terenu, który przez kilka pierwszych powojennych lat był prawdziwym polskim "Dzikim Zachodem".

Tak właśnie opisuje okolice Mirska, Świeradowa, Proszówki, Pobiednej, Leśnej i całego pogranicza, aż do Lubania, Czesław P., mieszkający w okolicach Pobiednej już od wczesnej jesieni 1945 roku. Pamięta on nie tylko wielkie, szabrowniczo-rabunkowe wyprawy, organizowane przez przestępcze grupy, którym przewodzili ludzie przekonujący, że szaber jest aktem powojennej sprawiedliwości i "nam się to wszystko należy", ale także bandy, których celem był po prostu zwykły rabunek. Uprawiany często po obu stronach granicy. Człowiek ten opowiada, że był to czas, w którym w ciągu kilku nocy powstawały wielkie fortuny.


Łódzka banda

Czesław P. opowiada, że jedną z najlepiej zorganizowanych grup przestępczych na tym terenie w połowie lat czterdziestych była dziewięcioosobowa banda, prowadzona przez dwóch braci, mieszkańców Łodzi. Zorganizowali oni system wymuszania od Niemców informacji o wielkości majątku poszczególnych niemieckich rodzin. To pozwalało na skuteczne ściąganie z nich haraczu, a równocześnie prowadziło do stałego powiększania kręgu potencjalnych ofiar. Wiele niemieckich rodzin, chroniąc własny majątek, wskazywało bowiem na innych Niemców, bogatszych, do których kierowano bandziorów. Ten proceder odbywał się zapewne przy cichym przyzwoleniu niektórych przynajmniej władz, bo choć wszyscy wiedzieli o łódzkiej bandzie, przez długi okres czasu funkcjonowała ona bezkarnie, a jej członkowie niejedną noc przebalowali w lokalach Świeradowa, wspólnie z milicjantami, WOP-istami i przedstawicielami nie tylko lokalnych władz.

To były całkiem inne czasy, wspomina pan Czesław, dodając, że dla tych, którzy mieli pieniądze, juz wtedy, bezpośrednio po wojnie, życie było całkiem łatwe i przyjemne. Rzeczywista stabilizacja, prawdziwe zamknięcie granicy i stworzenie sieci dość skutecznie działających posterunków milicji przyszło dopiero później dwa, trzy lata po wojnie.

Łódzka banda działała po obu stronach granicy. Jej specjalnością była swoista ochrona granicy, często skuteczniejsza niż ta, którą mógł zapewnić ówczesny WOP. Członkowie bandy przed długi czas obstawiali granice w ten sposób, że już na podejściu do granicy wyłapywali tych, którzy nocą próbowali ja przekroczyć, uciekając w kierunku Czech. Specjalnością łodzian było polowanie na Niemców, którzy próbowali przekradać się przez granicę, podejmując próby ucieczki do zachodnich stref okupacyjnych, szczególnie do pobliskiej Bawarii. Ponieważ niemal zawsze ci ludzie byli odpowiednio "zaopatrzeni" na tę daleką drogę, często zresztą niosąc nie tylko osobisty majątek, owoce takich polowań były często bardzo obfite. Bywały takie wyprawy na granicę, z których łodzianie przynosili nawet kilogramy złota.


Trzech z dziewięciu

Zdaniem Czesława P. z łódzką bandą musieli współpracować nie tylko przedstawiciele władz, ale także jacyś Niemcy, których informacje gwarantowały skuteczne działanie bandy. Świadek zapamiętał nawet, że w środowisku jego niemieckich sąsiadów przerażonych doskonałą wiedzą bandy o zasobności poszczególnych domów, prowadzono swoiste dochodzenie, by ustalić nazwiska niemieckich denuncjatorów. Czy ten zabieg ostatecznie się powiódł, trudno powiedzieć. Wiadomo jednak, że pod koniec 1946 roku doszło do strzelaniny, w wyniku, której przy życiu pozostało jedynie trzech lub czterech członków tej bandy. O szczegółach tej sprawy Czesław P. nie chce opowiadać nawet dziś. Jest bowiem pewien, że nadal żyją ludzie silnie związani z tymi, którzy przeżyli, i z tym, co stanowi tajemnicę cmentarza w Pobiednej. Kilka lat temu ktoś, bowiem na ten cmentarz wrócił, a opróżnione grobowce dowodzą, że legenda o ukrytym w nich skarbie nie była tylko plotką.

Tuż po strzelaninie rozeszła się wiadomość, że jej powodem były wewnętrzne porachunki pomiędzy tymi, którzy chcieli skończyć z rabunkiem i wynieść się z tego terenu, a tymi, którzy, chcieli kontynuować swoją działalność. W tamtym czasie mówiono, że do strzelaniny doszło na skutek nieporozumień co do zasad podziału łupu. Wiadomo tylko, że w starciu zginęli szefowie bandy, dwaj bracia z Łodzi, a kilku członków organizacji zatrzymały organa bezpieczeństwa. Na jednym z zatrzymanych wykonano wyrok śmierci, a kilku innych otrzymało kary długoletniego więzienia.

O tym, że z bandą łodzian rzeczywiście musieli współpracować Niemcy doskonale znający ten teren i lokalne skrytki, świadczy fakt, że główna kryjówka urządzona została w miejscu, o którym mogli wiedzieć tylko nieliczni miejscowi, w którym zresztą już znacznie wcześniej, pod koniec wojny, złożono podobno jakiś wielki skarb. Ponieważ urządzenie tej kryjówki było po wojnie niemożliwe, a jej przypadkowe odkrycie jest zupełnie nieprawdopodobne, można przyjąć za pewnik, że o jej istnieniu banda dowiedziała się od Niemców. Nie wiadomo co prawda, kiedy została ona "zagospodarowana", czy jeszcze przez cala bandę, czy też już tylko przez jej resztki, ale jest pewne, że miejsce to było przez wiele lat pewną kryjówką dla wielkiego majątku. Zapewne dla wszystkiego, co zgromadzono w ciągu wielu miesięcy działania bandy. Czesław P. twierdzi też, że już w 1946 roku wiadomo było, że bandzie udało się opróżnić kilka bardzo zasobnych schowków w okolicznych pałacach i juz wtedy część znalezionych skarbów została zmagazynowana na później, do podziału.


Podwójny grobowiec

Skarbcem łódzkiej bandy był jeden z bardzo przemyślnie zbudowanych grobowców a cmentarzu w Pobiednej. Pierwsze pomieszczenie to bardzo głęboki grobowiec, którego konstrukcja długo nie zdradzała tego, że jest on wejściem do drugiego, znacznie większego pomieszczenia. Wejście to znajduje się bowiem tuż przy podłodze i wystarczyło zastawić je trumną, by całkowicie zasłonić szparę w ścianie. Nawet otwarcie trumny, bez jej odsunięcia od ściany, nie ujawniało przejścia. Teraz, po dewastacji trumien i poszerzeniu przejścia, jest ono dobrze widoczne.

Skarbiec urządzono w drugim pomieszczeniu, w dużej komorze grobowej, a pojemnikami na skarb były kamienne sarkofagi, z których wcześniej usunięto trumny. Być może zresztą nigdy żadnych trumien tu nie było. To były wielkie, kamienne skrzynie, o dużej pojemności, w których można było bezpiecznie schować majątek o ogromnej wartości, opowiada prezes stowarzyszenia poszukiwaczy zaginionych dóbr kultury TALPA, Mieczysław Bojko, który do tego grobowca jakiś czas temu wchodził.

Informacja o tym, że stary cmentarz w Pobiednej może być miejscem ukrycia skarbu, który powstał z powojennego rabunku, jest dość stara. Czesław P. nie ukrywa, że mówiono o tym przez całe dziesięciolecia, choć właściwie nigdy nic konkretnego na ten temat nie było wiadomo. Podejmowano nawet próby dotarcia do karbu, rozbierając niektóre groby, ale nigdy na skarb nie natrafiono. Ostatecznie, gdy tuż obok cmentarza powstały bloki i zniknęła możliwość niezauważonej przez nikogo penetracji cmentarza, sprawa na długie lata przycichła.

Z czasem jednak przyszło potwierdzenie prawdziwości tej historii. W 1968 lub 1969 roku jeden ze zwolnionych z więzienia członków bandy pojawił się w okolicach Pobiednej. Miał jednak prawdziwego pecha. Został rozpoznany przez pewną kobietę, pamiętającą powojenne wydarzenia. Wskazała ona na niego palcem w sklepie, w którym robił zakupy, głośno krzycząc - to on rabował po wojnie nasze kościoły! Doszło wtedy nieomal do samosądu. Na szczęcie ktoś wezwał milicję i pechowca zatrzymano. Po złożeniu wyjaśnień zwolniony, już nigdy, jak twierdzą jego spadkobiercy, do Pobiednej nie wrócił. Osiadł w Gdańsku, tam ożenił się i miał dwóch synów. Jeden z nich, zapewne nie całkiem przypadkowo, ożenił się w Jelenieniogórskiem. Ale nie tylko taki związek ma on z tą ziemią.


Na łożu śmierci

Ten młody jeszcze mężczyzna twierdzi, że jego ojciec, spłoszony rozpoznaniem, nigdy nie próbował dotrzeć do skarbu ukrytego w Pobiednej. Swoją powojenną historię opowiedział jednak synom, na kilka tygodni przez śmiercią. Ojciec umierał na raka i był w pełni świadom kończącego się czasu. Z opowiadania ojca wynikało, że zostawia im dokładną informację o tym, co i gdzie zostało przed półwieczem ukryte.

Ojciec opowiadał o wielkich skarbach, wymieniał ogromne ilości złotych precjozów, pieniędzy, cennych przedmiotów. To było trochę jak opowiadanie o skarbach w jaskini Ali Baby. Trudno było uwierzyć, że to wszystko jest prawdą. Mój brat uznał to za jakieś wizje starego, schorowanego człowieka. Ja postanowiłem spróbować, opowiada drugi syn. Bo nawet, jeśli ojciec bardzo przesadził, to przecież całej historii nie wymyślił.

Pojechałem do Pobiednej. Na miejscu okazało się, że ojciec musiał doskonale znać ten teren i na pewno nie fantazjował, opowiadając o tym, co robił tuż po wojnie. Szybko okazało się także i to, że pamięć ludzka jest bardzo zawodna, a pół wieku nawet na cmentarzu może doprowadzić do poważnych zmian. W oparciu o relacje ojca mogłem jedynie w wielkim przybliżeniu starać się o ustalenie miejsca, w którym ukryto skarb. Kaplica, naprzeciw starego kościoła, drugi grobowiec od ulicy - to jednak okazało się trochę za mało dla dokładnej lokalizacji ukrycia. A ponieważ w bezpośrednim sąsiedztwie cmentarza wybudowano bloki, teren stał się niemożliwy do spokojnej, a utajonej, długotrwałej penetracji.

Próbując dotrzeć do skarbu, człowiek ten poprosił o pomoc eksploratorów z TALPY. Ci, mając dość pewną informację, potwierdzoną także wspomnieniami Czesława P., zwrócili się do powołanej przez dolnośląskiego wojewodę komisji do spraw poszukiwań zaginionych zabytków z wnioskiem o zorganizowanie lub wyrażenie zgody na eksplorację tego cmentarza, a raczej jego bardzo ograniczonej części. Dokładna lokalizacja miejsca ukrycia wymagała bowiem działań jawnych, być może organizowanych pod opieką konserwatorską. Wniosek taki złożono juz kilka lat temu, w czasie, gdy na cmentarzu brakowało jeszcze jakichkolwiek śladów podejmowania prób odnalezienia grobowca i dotarcia do ukrytego skarbu.

Wniosek ten pozostał jednak kilka lat bez jakiejkolwiek odpowiedzi i oficjalnych badań nigdy w tym miejscu nie podjęto. Jakiś czas temu syn nieżyjącego juz Czesława P. powiadomił eksploratorów z TALPY, że na cmentarzu zaszły poważne zmiany. Ludzie z TALPY pojechali tam. Okazało się, że ktoś odwalił płytę grobową i odsłonił wyjście do głębokiego na niemal 5 metrów grobowca. W komorze grobowej rozbito trumny, rozrzucono zwłoki, a nawet próbowano rozbijać ściany. Zapewne dzięki takiemu, bardzo brutalnemu działaniu sprawcy ustalili, gdzie jest ukryte wejście do drugiej komory. Weszli tam. Śladem po ich wizycie są rozbite kamienne płyty przykrywające kamienne skrzynie, a nawet próby przebicia się do innych komór grobowych. Temu jednak dano spokój, gdy z otworów posypała się ziemia.

Komora grobowa jest pusta. Nie było w niej ani trumien, ani niczego cennego. Być może nie było tam nigdy nic cennego, bo nie jest to poszukiwane miejsce. Jest jednak niezwykle prawdopodobne, że właśnie w tym miejscu był skarb. Trzeba bowiem niezwykłego zbiegu okoliczności, by było to jedynie przypadkowe działanie, niezwiązane z poszukiwaniem skarbu, o którym wiadomo, że był w podwójnym grobowcu.

O schowku wiedziało wielu ludzi. Kiedyś, co najmniej dziewięciu. Nie można mieć pewności, że o skarbie nie powiedzieli nawet ci, którzy zginęli. A przecież kilku ludzi przeżyło i na pewno wiedzieli oni, czy i co naprawdę zostało w Pobiednej schowane. Tylko o jednym coś wiemy, a trudno sobie wyobrazić, by pozostali nie chcieli dotrzeć do skarbu. Dziwne jest tylko to, że tak długo to trwało. I bardzo szkoda, że tym razem eksploratorom zabrakło odwagi, by wejść tam już kilka lat temu, w czasie, gdy grobowce były jeszcze nietknięte...


źródło: Nowiny Jeleniogóskie

Tekst i zdjęcie: Marek Chromicz



Dołącz do nas



Tweetnij
Kalendarium
Czy wiesz, że...
Zdjęcie tygodnia
Pocztówka miesiąca
Informator SMS
Polecane linki




















Wszystkie materiały na tej stronie objęte są pełnym prawem autorskim,
osoby zainteresowane ich wykorzystaniem (w całości, lub części) proszone są o uprzedni kontakt z redakcją serwisu www.pobiedna.pl.


copyright © pobiedna.pl 2007-2018          Statystyki obsługuje system statystyk stat4u